Elbrus – piękna góra w oparach spalin – sierpień 2018

Przygoda, wyzwanie i wiele niespodzianek po drodze. Czy warto? Nie mamy jednoznacznej odpowiedzi…

Cel

O górze

Elbrus – najwyższy szczyt Kaukazu o wysokości 5642 m n.p.m. Położony jest w zachodniej części Kaukazu, na terenie rosyjskiej Kabardo-Bałkarii, niedaleko granicy z Gruzją. Jest najwyższym szczytem Rosji. Przez alpinistów przyjmujących inne granice Europy (grań główną Kaukazu) niż Międzynarodowa Unia Geograficzna i zdobywających Koronę Ziemi to Elbrus, a nie Mont Blanc, uważany jest za najwyższy szczyt Europy.

Jest wygasłym wulkanem, którego ostatni okres aktywności miał miejsce ok. I w n.e., ale działalność post-wulkaniczna jest ciągle notowana. Zdarzają się wyrzuty gazów i przebijanie się na powierzchnię źródeł wód mineralnych.

Ze szczytu roztacza się widok na wielkie pasmo gór, a przy dobrej widoczności podobno powinniśmy dojrzeć nawet taflę Morza Czarnego.

O innych

Przy okazji naszej wyprawy, postanowiliśmy pomóc innym. Uruchomiliśmy na Facebook zbiórkę pieniędzy na Fundację „Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci”. 42 osoby wpłaciły razem 4765 zł. Cała kwota została przekazana Fundacji.

Bardzo dziękujemy wszystkim hojnym darczyńcom!

Uczestnicy

  1. Wojtek Majewski
  2. Wojtek Paździor

Wyprawa

Dzień 1. Przelot do Tbilisi

Wylot z Warszawy do Tbilisy po 23:00, 40 min później niż planowany. Opóźnienie okazało się zbawienne, inaczej Wojtek M. nie zdążyłby, bo jego lot z Zurychu był spóźniony ponad 1h.

Wylądowaliśmy o 4:50 dnia następnego w Tbilisi i po 20 min jazdy autobusem miejskim, 15 min metrem wysiedliśmy na stacji Didube.

Było wcześnie, więc zdecydowaliśmy się na przejazd do Treskol (2100m) – największa miejscowość u podnóża Elbrusa. Znaleźliśmy lokalnego kierowcę, który za 150 USD (wliczając podatek od naiwniaków) zgodził się zawieźć nas bezpośrednio do Terskol.

Dojazd do Terskol’u, 430 km, zajął nam ok. 11h. Gruzińska część trasy minęła gładko i po 2h, jadąc przez przepiękną dolinę Baksanu, byliśmy na granicy. Kolejka była ogromna, a na drodze wciśniętej między góry, stało setki ciężarówek i aut. Odstaliśmy w korku prawie 5h, dojeżdżając do samego przejścia, a tam kolejne 40 min zajęły nam formalności.

Musieliśmy wyspowiadać się z planu naszej wyprawy starszemu funkcjonariuszowi straży granicznej po Rosyjskiej stronie. Pan Celnik, który jako jedyny mówił po angielsku był całkiem miły i po wyrażeniu swojej dezaprobaty dla naszego pomysłu (w końcu “bez sensu wchodzić na górę, żeby z niej zejść”) podbił nasze paszporty oraz wizy wjazdowe i puścił nas dalej.

Dalsza część podróży minęła bez większych rewelacji. We Władykaukazie zmieniliśmy auto i w rytmie tradycyjnej Gruziskiej muzyki ruszyliśmy w kierunku Terskol’u.
Na miejsce dotarliśmy ok 20:00. Po sugestii Pana w wypożyczalni sprzętu wysokogórskiego skierowaliśmy się do hostelu Black Point, gdzie pomocna Pani Ania z recepcji, znalazła dla nas 2 wolne łóżka.

Po zrzuceniu bagaży wyszliśmy na szybką kolację po czy wróciliśmy do hostelu i udaliśmy się czym prędzej na spoczynek co by zbierać siły na kolejny dzień.

 

 

 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 

 

 

 
 

 
 

 

 

 

 

Post udostępniony przez Wojciech Pazdzior (@wojciechpazdzior)

Opcjonalnie możliwy jest lot do Wód Mineralnych przez Moskwę.

Dzień 2. Treskol/Azau – schronisko Prijut 4200m

Rano zarejestrowaliśmy nasze wyjście w biurze służb ratowniczych M.Cz.S (na wylocie z Terskol, obok baru Bayramuk).

Do Azau 2300m, najwyżej położonej miejscowości u podnóża Elbrusa, złapaliśmy busa.

W Azau można skorzystać z kolejki linowej do tzw. Beczek (cysterny po paliwie zaadaptowane na schronisko, 3708m), która dociera (po 2 przesiadkach) do wysokości 3850m. W roku 2011 była nieczynna ze względu na atak terrorystyczny.

My zdecydowaliśmy podejście z Azau, pokonując prawie 2000m przewyższenia bez żadnego problemu w 5,5h. Droga pod schronu Prijut wiedzie w większości przez stoki narciarskie które latem zamieniają się w szerokie ścieżki, po których można całkiem szybko i sprawnie wejść na górę.

Pomiędzy pośrednią stacją Mir a Garabshi mija się kilka schronisk, ale raczej ciężko tam coś zjeść czy wypić, ponieważ w większości nastawieni są na obsługę tylko swoich gości bądź grup wycieczkowych.

 

 

 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 

 

 

 
 

 
 

 

 

 

 

Post udostępniony przez Wojciech Pazdzior (@wojciechpazdzior)

Przed ostatnią stacją Garabashi poznajemy grupę Rosjan, którzy już od kilku dni zdobywali okoliczne 4- i 5-tysięczniki. Poratowali nas użyczając butlę gazu, którego jak się okazało nie zabraliśmy z hostelu.

Dalej idziemy już lodowcem do najwyżej położonego schronu na Elbrusie: Prijut 4160m.

Jeśli ktoś jest ciekawy jak w górach wyglądają codzienne sprawy, to tu kończy się cywilizacja 😉 Wyżej jest już tylko nadzieja na schowanie się za kamieniem

Namiot rozbijamy powyżej schroniska na wysokości ok 4250m.

cof

Dodatkowo podeszliśmy jeszcze 250m aklimatyzacyjnie. Obaj nie czuliśmy wpływu wysokości, dlatego po kolacji decydujemy, że nastawimy budziki i jeśli będziemy nadal dobrze się czuć atakujemy szczyt (tak wiemy, to trochę ryzykowne).

Ok godziny 21 kładziemy się spać. Pobudkę planujemy na 1:00 rano, żeby po szybkim “śniadaniu” i ubraniu się ruszyć w górę.

Dzień 3. Atak szczytowy

Ruszamy ok 2.00 rano w lodowatą, ale bardzo piękną noc. Widoczność jest idealna, a gwiazdy i księżyc tak jasne, że praktycznie nie potrzeba czołówek. Minusem jest mocny lodowaty wiatr, który mimo wysiłku nie pozwala się rozgrzać. W końcu ubieramy wszystkie warstwy, jakie ze sobą mamy.

Podchodzimy „na lekko”, czyli tylko niezbędne rzeczy. Po przekroczeniu 4500m zaczynamy odczuwać wysokość. Z każdym metrem spada wydolność i tempo.

Zaskakują mijające nas co chwilę ratraki i skutery śnieżne wwożące turystów na wysokość ok 5200m. Przez to idzie się w spalinach, a widok uśmiechniętych i rozbawionych wwożonych nie motywuje 🙂

Powyżej Skał Pastuchowa (4800m) robimy pierwszą dłuższą przerwę, aby coś zjeść i nabrać sił. Czekamy też na wschód słońca w nadziei, że pomoże nam się to trochę rozgrzać. Mimo wielu warstw ubrań, ogrzewaczy chemicznych w butach i na ciele jesteśmy bardzo zmarznięci. Do tego zaczął sypać śnieg.

Po 10-15 minutach, w pierwszych promieniach słońca ruszamy dalej ku górze. Idze nam coraz wolniej. Robimy najpierw po 40 kroków i przerwa. Potem 20, jeszcze później 10. Mimo słońca jesteśmy coraz bardziej wyziębieni. Na ok 5000m pojawiają się pierwsze wątpliwości czy damy radę, ale stwierdzamy, że jest jeszcze tak dużo czasu i nawet w tym tempie mamy szanse wejść na górę. Żółwim tempem pniemy się w górę.

Po kolejnej godzinie docieramy do opuszczonych ratraków na wysokości ok 5050m (wg wskazań GPS). Siadamy tam by odpocząć. Po krótkiej rozmowie stwierdzamy, że dalsze wejście nie ma sensu. Nawet jeżeli wejdziemy na szczyt to możemy nie mieć sił, żeby bezpiecznie z niego zejść. Zgodnie podejmujemy trudną decyzję o odwrocie.

Nasza rada – weźcie jabłuszka do zjazdu. Powrót nartostradą na nogach zabija! Marzyliśmy, żeby mieć na czym szybko zjechać do namiotu. Przy dobrej pogodzie droga jest prosta, bez niebezpiecznych stromizn, więc bezpiecznie można jechać. Widzieliśmy nawet jednego szczęśliwca, wszyscy się oglądali z zazdrością 🙂

Schodzimy do namiotu, gdzie planujemy odpocząć i zebrać siły na kolejny atak szczytowy. Po 9,5h akcji górskiej, wymęczeni dochodzimy do namiotu i od razu kładziemy się spać. Śpimy jakieś 3h.

Po pobudce i szybkiej analizie sytuacji dochodzimy do wniosku ze najrozsądniej będzie wrócić do hostelu na 1 noc i po solidnej regeneracji wrócić następnego dnia. Zostawiamy namiot na górze i zjeżdżamy kolejką z Garabashi do Azau. Jemy tam obiad i udajemy się do hostelu, po drodze przedłużając w M.Cz.S nasz pobyt w górach. W hostelu spędźmy w sumie jakieś 15 h z czego ponad 12 śpimy.

Dzień 4. Odpoczynek

Następnego dnia ruszamy do Azau gdzie jemy duże siadanie i łapiemy kolejkę do Garabashi. Sprawdzamy po raz ostatni prognozę pogody, która wygląda jeszcze całkiem rozsądnie. Na noc zapowiadane są opady śniegu, ale na atak szczytowy pogoda powinna być dobra (30% szans na śnieg po południu). Dochodzimy do namiotu, który na szybko zwijamy i wynosimy kolejne 250m w górę. Chcemy zyskać trochę czasu rano. Czujemy się bardzo dobrze i po rozstawieniu namiot ruszamy aklimatyzacyjnie w górę. Tuż przed skałami Pastuchova zawracamy, bo zaczyna się burza. Nagle zaczęło sypać śniegiem i grzmieć. Co chwilę, ze wszystkimi dookoła, kładliśmy się  na śniegu.

Dochodzimy do namiotu i po krótkich przygotowaniach na następny dzień kładziemy się spać. W nocy napadło sporo śniegu, a w oddali błyskały pioruny.

Dzień 5. Drugi atak szczytowy

Drugą próbę wejścia na szczyt zaczynamy ok 2 rano. Widoczność jest słaba, ale za to jest dużo cieplej. Zjazd na dół i odpoczynek bardzo nam pomogły. Czujemy się dużo lepiej i w dobrym tempie, z zapasem sił ruszamy w górę. Pod skały Pastuchova dochodzimy w nieco ponad godzinę, robimy krótką przerwę i ruszamy dalej. Zaczyna niestety sypać śnieg i w oddali słyszymy grzmoty. Pogoda nie jest idealna, ale można nadal spokojnie iść. Na wysokości 5000m zaczyyna się śnieżyca i pierwsi ludzie zaczynają zawracać. Jako że nadal mamy spory zapas sił i utrzymujemy szybkie tempo, postanawiamy iść dalej. Dochodzimy po raz kolejny do opuszczonego ratraka, gdzie jedna z turystek informuje nas, że musimy zawracać, ponieważ M.Cz.S zamyka szlak i zaczyna zwozić ludzi na dół. Po raz kolejny, dochodząc dokładnie to tego samego miejsca, musimy zawracać.

Schodzimy do naszego namiotu, gdzie szybko się pakujemy i w gęstej mgle ruszamy do stacji Garabshi. Na wysokości ok 3900m śnieg trochę się uspokaja, ale pojawia się bardzo gęsta mgła.

 

 

 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 

 

 

 
 

 
 

 

 

 

 

Post udostępniony przez Wojciech Pazdzior (@wojciechpazdzior)

W ponurych nastrojach zjeżdżamy na dół. W Azau, jedząc lunch o 9 rano sprawdzamy prognozy, mając nadzieję na 3 próbę. Okazuje się że niestety prze następne 3 dni nie ma szans na wyjście w góry. Zapowiadane są silne śnieżyce. Pierwsze okno pogodowe zapowiadają na sobotę co oznacza dla nas koniec przygody, ponieważ w niedzielę o 5:00 mamy lot z Tbilisi. Liczyliśmy, że może Kazbek będzie łaskawszy (mieliśmy sprzęt ze sobą), jednak prognozy były jeszcze gorsze. Postanawiamy zgłosić powrót w biurze M.Cz.S, odpocząć w hostelu i następnego dnia wrócić do Tbilisi.

Dzień 6 – 8. Dni rezerwowe – przejazd i pobyt w Tbilisi

W przypadku zdobycia góry bez żadnych opóźnień wywołanych np. załamaniem pogody, powtórnym atakiem szczytowym, itp., czas jaki nam pozostanie, chcieliśmy przeznaczyć na szybki przejazd do Kazbegi i wejście na Kazbek. Jednak przez załamanie pogody zarówno na Elbrusie jak i Kazbeku spędziliśmy te dni w Tbilisi.

Przejazd zajął nam ponownie cały dzień. W kolejce do granicy spędziliśmy ponad 7 godzin.

Po zakwaterowaniu w hotelu ruszyliśmy do centrum na kolację i kilka kieliszków czaczy na poprawę humoru. Polecamy restaurację Bread House.

Samo Tbilisi jest przyjemnym miastem. Większość miejsc można zwiedzić piechotą.

Dzień 9. Powrót

Przejazd na lotnisko i wylot do kraju.

Dojazd

Przejazd z prywatnym kierowcą bezpośrednio z Tbilisi pod Elbrus. Koszt ok 75 USD/osobę w 1 stronę, choć wiemy, że można znaleźć taniej. Do dogadania na dworcu w Tbilisi. Im więcej osób tym taniej. Busy mogą zabrać do 6 osób.

Noclegi

Hosteli i małych hotelików w Terskol jest dość sporo, choć trudno znaleźć je w internecie. My zaryzykowaliśmy i nie rezerwowaliśmy nic przed wylotem.

Na miejscu sprzedawca w sklepie górskim polecił nam Hostel Black Point. Anna pracująca na recepcji mówiła nieco po angielsku i była bardzo pomocna.

Koszt: 600-700 Rubli /noc, w zależności od pokoju.

Mogliśmy też zostawić tam część bagażu za 100 Rubli, ale ostatecznie nie musieliśmy płacić.

Formalności

  1. Wiza – skorzystaliśmy z biura, które zajęło się całym procesem. Oddaliśmy paszporty, zdjęcie i wniosek i odebraliśmy już z wizą.
  2. Voucher na noclegi w Rosji – był w pakiecie z wizą. Przy wjeździe do Rosji celnicy upominają się, więc warto tego dopilnować.
  3. M.Cz.S – wyjście i zejście z gór należy zgłosić w tamtejszych służbach ratowniczych. Budynek jest słabo oznaczony, więc zamieszczamy zdjęcie.
  4. Meldunek na poczcie – każdy musi zameldować się na poczcie. Anna z hostelu pomogła wypełnić wniosek i uprzedziła koleżankę na poczcie, że przyjdziemy. Zajęło nam to 5 min.

Wrażenia i wnioski

  1. Byliśmy źli na siebie, że zaryzykowaliśmy atak bez odpowiedniej aklimatyzacji (mimo, że obaj byliśmy na wysokości ok 3000m, na 1-2 tygodnie przed wylotem). To było dla nas pierwsze wejście na tą wysokość i na nauka, którą zapamiętamy.
  2. Nawet dobre przygotowanie (fizyczne i sprzętowe) zawsze jest uzależnione od pogody. Już po zejściu do hostelu nasz ukraiński współlokator opowiedział, że kiedy my odpoczywaliśmy po naszym pierwszym nieudanym ataku, był 100m od szczytu i musiał z grupą zawrócić przez burzę. Schodzili na czworaka. Pogoda nie wpuściła nas na górę (tj. na Lodowy Szczyt).

Sponsorzy

Dziękujemy za wsparcie wyprawy!

  • Milo – polski producent odzieży i sprzętu outdoorowego.
Active Strategy
  • Active Strategy – firma doradczo-szkoleniowa, ucząca przywództwa i zarządzania zespołami.

Ciekawostki

  1. Od 1990 roku odbywa się bieg Elbrus Race. W 2010 na trasie ekstremalnej wygrał Andrzej Bargiel, ustanawiając nowy rekord trasy. W kategorii kobiet na tej trasie wygrała Polka Aleksandra Dzik, zostając jednocześnie pierwszą kobietą, która ukończyła bieg na trasie ekstremalnej.
  2. W drugiej dekadzie XXI wieku zawody odbywają się już dwa razy w roku (w czerwcu i wrześniu). We wrześniu 2015 Polka Anna Figura ustanowiła rekord na trasie ekstremalnej w kategorii kobiet – 4 godziny 22 minuty 10 sekund, druga była także Polka – Anna Tybor.
Udostępnij i polub nas: