Orla Perć to kultowy szlak w Tatrach, uznawany za najtrudniejszy dostępny turystom. Chętnie podzielę się krótkim opisem i zdjęciami, może znajdziecie wskazówki albo inspiracje dla siebie.
Ostatni raz latem w Tatrach byłem w 2015 roku, weszliśmy na Rysy i właśnie Orlą Perć. Później byliśmy też na Mnichu w czerwcu, ale powyżej Morskiego było jeszcze sporo śniegu.
Był to więc taki wyjazd rocznicowy 🙂 po 10 latach ponownie na Orlej Perci.
Ten wyjazd miał się nie odbyć, bo przekładaliśmy go kilka razy przez pogodę. Decyzję o samotnym wyjeździe podjąłem w czwartek, w piątek pojechałem, w sobotę wieczorem wróciłem. I jak się okazało, spontan bardzo się udał.
Już na szlaku zauważyłem, że zapomniałem jego większość, więc tym razem starałem się zapamiętać jak najwięcej.
O Orlej Perci – parametry trasy
Orla Perć to najdłuższy (ponad 4 km) graniowy szlak w Tatrach Wysokich. Wiedzie większości przez grań, ale nie przez wszystkie szczyty po drodze.
Cały szlak idzie powyżej 2000 m. n. p. m. Najwyższym punktem szlaku jest Kozi Wierch (2291 m), a najniższym punkt między Małym Kozim Wierchem, a Zamarłą Turnią.
Orla Perć prowadzi m. in. przez:
- Zawrat (początek szlaku)
- Zmarzła Przełęcz
- Zamarła Turnia
- Kozia Przełęcz
- Kozi Wierch
- Żleb Kulczyńskiego
- Buczynową Strażnicę
- Zadni Granat
- Pośredni Granat
- Skrajny Granat
- Granacka Przełęcz
- Orla Baszta
- Przełęcz Nowickiego
- Budzowa Igła
- Krzyżne (koniec szlaku)
Nocleg w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich
W piątek dojechałem do Zakopanego, zostawiłem auto na parkingu miejskich (w weekend bezpłatny), kupiłem bilety do TNP, złapałem busa do Palenicy Białczańskiej.
Wieczorem dotarłem z Palenicy do schroniska. Na wolne łóżko nie było szans, dlatego miałem ze sobą matę i śpiwór. Niestety schronisko przyjmujące na awaryjny nocleg na glebie to dzisiaj wyjątek. Tym bardziej podziękowania dla Piątki i prowadzącym je siostrom Marychny i Marty.
W środku zajęty był każdy płaski skrawek, w stołówce na podłodze, pod stołami, na korytarzach, nawet obok toalet. Do tego było tak duszno, że wybrałem miejsce na tarasie. Niebo było bezchmurne, więc miałem bajeczny widok na tysiące gwiazd.
Upalnie nie było, ale w spodniach i puchówce wskoczyłem do śpiwora dało się spać.


Dojście na Orlą Perć
Podchodząc na Przełęcz Zawrat kamienie były mokre, ale w wyższych partiach na szczęście skała była kompletnie sucha. Na całej długości szlaku nie było chyba ani jednego mokrego odcinka, więc szło się naprawdę pewnie.
Wyszedłem wcześnie i pędziłem, żeby nie załapać się na korki, przed którymi wszyscy ostrzegają. Po kilkunastu minutach od wyjścia zobaczyłem przed sobą faceta z odblaskowym plecakiem pędzącego dobrym tempem. Pomyślałem, że będę się go trzymał i pomału przegonię. Ale do samego Zawratu nie udało mi się.
Na górze pogratulowałem Robertowi tempa, a on odwzajemnił się, bo widząc goniącego go faceta z czołówką podkręcał jeszcze tempo. Tym sposobem nawzajem się napędzaliśmy na podejściu. Dzięki temu wyprzedziliśmy kilka osób i już na Orlej nie było ani jednego momentu, gdzie musiałem czekać w kolejce. Później spotkaliśmy się z Robertem kilka razy na Orlej i dużą część przeszliśmy razem lub w niedalekiej odległości.
Na Zawracie zaczęli zbierać się ludzie, więc ruszyłem w kierunku Małego Koziego Wierchu.
Przejście Orlej Perci



Na początku widoki były piękne, choć telefon nie radził sobie z różnicą świateł i cieni. Ale przyszedł czas na piękny wschód słońca i złote ściany.




Trochę w dół, trochę w górę, takie jest chodzenie granią. Były żleby, kominy i przejścia przez wąskie przełęcze.




Słynna drabinka nad Kozią Przełęczą. Obecnie wymieniona na nową, jest szeroka i nie kołysze się.
A tu widok na drabinkę 😮 robi większe wrażenie, niż schodzenie po niej.


Ściana Koziego Wierchu widziana z Kozich Czubów.
Odcinek z Zawratu na Kozi Wierch był moim zdaniem najtrudniejszym z całej Orlej Perci.
Na szlaku są miejsca z mocną ekspozycją.



Ale nie wszędzie jest trudno 🙂 są i wygodne ścieżki, choć czasami z ekspozycją.


Kiedyś może zrobię dokładniejszy opis, nazywając główne punkty, ale teraz niech obrazy przemówią 🙂







Moim błędem była zabrana ilość wody. Dość szybko wypiłem 1l wody i ok 0,5l kawy z termosu. Zdecydowanie też za mało piłem w piątek. Następnym razem zdecydowanie muszę pamiętać, żeby zabrać więcej.
Dobrze, że mam dobrego kolegę z dobrymi radami. Podpowiedział mi, że 1,5l to za mało, bo on niedawno przeszedł Orlą i od połowy miał już sucho i lizał mokre skały z pragnienia. Poradził jeszcze, że w Murowańcu nie trzeba stać w kolejce, bo w środku jest automat z napojami. Szkoda tylko, że te rady dał mi już po moim powrocie 😀
Praktyczna wskazówka – zabrać min 1,5-2l wody.
Prażące słońce wynagradzały widoki, a nieco ulgi dawał lekki wiatr.











Przyznam, że ostatnie 30 min Orlej już wypatrywałem końca. Tym bardziej, że Przełęcz Krzyżne to pojawiała się, to znikała. Miałem za sobą słabo przespaną noc, 6h w nogach z czego ok połowa w zaskakująco mocnym słońcu.

Już schodząc widziałem akcję TOPR. Później okazało się, że na Orlej był wypadek i dziewczyna z urazami została podjęta przez ratowników.
Zejść chciałem jak najszybciej, bo zaczęły robić się korki na szlaku i skończyła mi się woda kilka godzin wcześniej. Przede mną było jednak kilka godzin do Murowańca i dalej do Kuźnic.
Wrażenia
Cała trasa, Piątka – Zawrat – Krzyżne – Murowaniec – Kuźnice, zajęła mi 9:10h. W tym sama Orla Perć, Zawrat – Krzyżne, 5:10h.
Zegarek pokazał 21 km i 1,400 m wzniosu, ale na pewno zgubił się kilka razy. Mapy.cz na tą trasę pokazują niecałe 18 km i 1,138 m wzniosu.
Przed wyjazdem zastanawiałem się jak odbiorę szlak, bo 10 lat temu uznałem go za trudny, ryzykowny i nie miałem ochoty na niego wracać. Tym razem jednak pojechałem z wieloma nowymi doświadczeniami na ferratach, lodowcach, Matterhornie, po kursach zimowych i letnim.
Nie było to moim planem przed wyjazdem, ale jak tylko wszedłem w pierwsze trudności postanowiłem, że chcę przejść całość bez używania łańcuchów i skorzystałem tylko na 2 zejściach. Drabinki używałem, żelazne klamry zwykle też, chyba były dobre stopnie.
Tym razem przejście Orlej Perci była dla mnie ogromną przyjemnością


Zdjęcia tłumów na szlakach i koło Murowańca sobie daruję, ale nigdy jeszcze nie musiałem w górach czekać w węższych odcinkach szlaku, ani wyprzedać długie „pociągi” ludzi.
Wyjazd był wspaniałym zakończeniem sezonu letniego. Teraz chyba pozostaje mi czekać na ponowny wyjazd w Tatry zimą.
ps. Ewidentnie muszę wrócić do pomarańczowych ciuchów, bo znacznie lepiej wychodzą na zdjęciach 😀




